Iść pobiegać w Poznaniu nad Wartę i się WKURWIĆ!

Może warto przed takim tekstem trochę ochłonąć, ale czasami bezsilność trzeba chwycić za rogi. Toteż to robię. Wróciłem właśnie z treningu. Poszedłem pobiegać nad Wartę w Poznaniu. Nie jest to mój ulubiony rejon do oddawania się swojej pasji, bowiem bardzo często zdarza się, że jestem tam zaczepiany. Przez nachlanych kolesi, którym się wydaje, że jak mają we krwi dwa piwka to mogą wszystko.

Normalnie bym się tym nie przejmował. Ale zdarza się, że to bydło ma problem z tym, aby nie próbować dać mi w ryja. Za co? Za to, że biegnę! Halo, czy wszyscy w domu!? O co tutaj chodzi!? Przecież Poznań i Poznaniacy kochają sport. Lech wywalczył właśnie Mistrzostwo Polski. Myślę, że nie ma osoby, która nie byłaby z tego dumna w naszym mieście. Zatem czym przeszkadzają i drażnią penerów biegacze?

Dziwna to analogia, ale najczęściej to typki z ogoloną głową, łańcuchem na szyi i ciągnący się ostentacyjnie za jajka. Kurczę, WTF? Najpierw omijałem z daleka Kontenery, które nad Wartę przyciągnęły młodzież, bo nawet bieg w niedzielny poranek sprawiał, że trafiałem na “twardzieli”, którzy balowali całą noc i jeszcze mieli siły, ale stawać mi na drodze i próbować atakować.

Najczęściej kończy się na wyzwiskach z ich strony, natarczywym przedrzeźnianiu biegu lub po prostu ostentacyjnym śmiechu. Wiem, można to mieć w wiadomym miejscu, ale sęk w tym, że tak jest coraz częściej nie tylko przy Kontenerach. Otóż nad Wartą w Poznaniu można w tym roku spożywać w okresie wiosenno-letnim alkohol. Zieleń przyciąga tam rzesze młodzieży, ale nie tylko. Są też osoby dojrzalsze.

Możliwe, że jeśli ktoś z czytających ten wpis też tam biega – ale większość (jeśli nie wszyscy) mają w uszach słuchawki – też trafia na tych oszołomów. Ja nie słucham w czasie treningu muzyki – lubię biegać bez niej, czuć siebie, tempo, oddech, rytm ciała. No i muszę znosić bydło, które mnie otacza.

Problem w tym, że nikt nie pomyślał o ustawieniu tam śmietników, toteż na jakichś pięciu kilometrach wzdłuż rzeki nie ma ani jednego kosza. Dziś dopatrzyłem się kilku rozpierdolonych kontenerów na śmieci, pod drzewami leżą worki wypchane puszkami po piwie, a mi chodzi po głowie tylko jedno pytanie – kiedy doczekamy się inwazji szczurów? Wszyscy grillują, ale pozostałości po mięsie zostawiają np. na ścieżce. I to spore. Teraz żałuję, że nie zrobiłem fotek…

Kolejny problem – nie ma żadnej toalety. Wszyscy więc szczają gdzie popadnie. Pięknie, co? Gnojki, które atakują, śmieciarze, którzy gnoją ile się da, i bydło które wali po krzakach odchodami. Gratuluje drogie Miasto Poznań! Oczywiście zero policji.

Dzisiaj miałem ochotę zatrzymać się, kiedy te typki mnie zaczepiły i dać kolesiowi w mordę. Ale powstrzymałem się, bo mam zbyt wiele do stracenia. Poza tym ich czterech, trochę rośli, kurczę – szkoda zdrowia i życia. Ale mam być bezczynny? Wezwać policję? Przecież agresorów już tam nie będzie, a poza tym najwyżej spiszą kilka osób i tyle w temacie.

Miasto know-how? Cóż – pomysły fajne – gorzej z realizacją – innymi słowy know ujdzie, how nie bardzo… A mamy takie piękne biegowe tradycje, tyle się dzieje, kurczę żal, straszny żal i smutek… :(.