Android One za mniej niż 50 dol? Tak, tylko że to brak szacunku do klientów

Ile jesteś w stanie zapłacić za smartfona, żeby nie czuć, że przepłaciłeś/-aś? Dla mnie taką granicą jest 1500-1800 zł. Oczywiście nie mam nic przeciwko droższym słuchawkom, ale wydając na nie równowartość tego, ile muszę zapłacić np. za Asus Zenbooka UX305 (2999zł), czuję się nieswojo. Oczywiście doceniam myśl technologiczną, zastosowane pomysły, hardware, pracę włożoną w przygotowanie nakładki i systemu, ale biorąc pod uwagę, że za trzy miesiące mój flagowiec będzie o 30 proc. tańszy odczuwam podskórnie, że to inwestycja nie warta wydatku. Też tak masz?

OK – to teraz z drugiej strony. Ile jesteś w stanie zapłacić za określonego smartfona, ale nie będziesz czuć, że kupiłeś/-aś jakiegoś gniota? Ja mam tak, że gdybym trafił okazyjnie na któregoś z wiodących smartfonów, używany, ale sprzedawany, bo komuś się pali grunt pod nogami, to przełknąłbym z pocałowaniem w rękę nawet najśmieszniejszą cenę. Ale jeśli jest to smartfon nikomu nic nie mówiącej firmy, wykonany przeciętnie, z podobnym hardware, a jego największą zaletą ma być to, że jest tani, to cóż… Nie kupiłbym takiego produktu. Nawet bym się nim nie zainteresował!

Smartfony z serii Android One - fot. Google
Smartfony z serii Android One – fot. Google

Wiesz dlaczego? Bo doskonale zdaję sobie sprawę, że każde urządzenie wykonane jest z zestawu określonych części. I choćby nie wiem, jak miały być one tanie oraz nie wiem, jak niskim kosztem wytwarzane, to przecież jest jeszcze fabryka, która musi zarobić, pracownicy, którym trzeba zapłacić, pośrednik, który bierze na siebie ciężar transportu, sklep lub operator komórkowy, który nakłada swoją marżę, a dodatkowo w cenie sprzętu musi być też zawarty wydatek na marketing oraz pracę inżynierską.

Ten przydługawy wstęp potrzebny jest mi do jednego – żeby pokazać Ci, że nie ma szans – tani smartfon będzie tanim smartfonem. Supertani smartfon, będzie supertanim… gównem… Wiem, przepraszam – nie wypada, ale nie mam pojęcia, dlaczego Google myśli, że jeśli obniży ceny smartfonów z programu Android One w Indiach do kwoty w przeliczeniu na dolary wynoszącej około 50 dol., czyli o połowę tego niż to jest teraz, to osiągnie sukces? A osiągnie?

Smartfony Andrid One mają być wydajne i tanie - fot. Google
Smartfony Andrid One mają być wydajne i tanie – fot. Google

Wiesz, smartfony te zbierają nawet niezłe opinie. Za naprawdę niewielkie sumy można dostać całkiem obiecujący sprzęt, bo cała tajemnica tkwi również w sofcie. A słuchawki z rodziny Android One pracują na stockowym systemie Android, który jest pod nie odpowiednio zoptymalizowany. Jasne – nikogo nie porwą szybkością, ale wydajność jest na takim poziomie, że niejedna średnia półka może o takiej pomarzyć.

Niemniej – mój problem wciąż nie jest rozwiązany. Po co mi telefon za 50 dol? W kiepskiej obudowie, ze słabą baterią, bez szeregu innowacji oraz standardów takich, jak np. LTE czy NFC, bo dla tego pierwszego nawet nie ma infrastruktury? Po co mi urządzenie z kiepskim aparatem? Ludzie być może są biedni materialnie, i to nie tylko w Indiach, ale też na Sri Lance i w Bangladeszu, gdzie Android One próbuje porwać tłumy, ale ludzie nie są też głupi. A mam wrażenie, że Google (vel Alphabet) łudzi się, że może jednak tacy są.

Smartfony z serii Android One - fot. Google
Smartfony z serii Android One – fot. Google

Porażka sprzedażowa smartfonów z Android One jest tego doskonałym przykładem. Bez operatorskiej umowy mieszkańcy wymienionych wyżej krajów mogli nabyć je do tej pory za ok. 100 dol. To naprawdę symboliczna stawka – bo przypominam – wciąż mamy do czynienia ze smartfonem! Może warto spojrzeć w tym wymiarze na Xiaomi i wyciągnąć wnioski? Telefony Chińczyków są tanie, jak barszcz, ale nie przeszkadza to wcale, aby były godnie wyposażone w hardware. Z modelu na model są też coraz lepiej wykonane. Czy to, że ktoś jest ubogi musi więc oznaczać, że jest ograniczoną intelektualnie jednostką, która nie ma poczucia tego, czym jest estetyka, styl i piękno? Oczywiście można dyskutować, który smartfon spełnia te kryteria, ale niestety – pozycje za 50 dol. czy 100 dol. do takich nie należą i  nigdy należeć nie będą.

Google nie chce odpuścić Indii. Po Stanach Zjednoczonych to drugi pod względem wielkości rynek świata, który prawdopodobnie już w 2017 roku przeskoczy USA. Problemem jest tam jednak wciąż gigantyczna przepaść pomiędzy skrajną biedotą (która zdecydowanie przeważa), a bogatymi rezydentami. To wszystko sprawia, że kiedy rynek zachodni przeżywa głębokie nasycenie, konieczne staje się szukanie nowych dróg zbytu. Rozumieją to już niemal wszyscy producenci, którzy zaczęli tworzyć naprawdę atrakcyjne średniopółkowe urządzenia. Poza tym Google ma ambicję sięgać dalej, bowiem rozumie, że cały ten sprzęt nie ma sensu, bez sieci usług, a Mapy, Wyszukiwarka czy YouTube to jego flagowe produkty.

Branża ciężka, rynek trudny, konsumenci jeszcze bardziej nieprzewidywalni. Ale nie można zakładać, że w biedzie wezmą wszystko, co się im wręczy – nawet za półdarmo. Darowanemu koniowi może i się w zęby nie zagląda, ale trudno inwestować niezbyt rokującą klacz… tym bardziej, jeśli środków nadal nie ma na nią zbyt wielkich.

Źródło: digitaltrends